Choć statystyk za pierwszy kwartał tego roku jeszcze nie ma, ze wstępnych danych wiadomo już, że zadłużymy się jeszcze bardziej. Bo klienci wprost wydzierają sobie mieszkania. Jeden dzień spóźnienia w podjęciu decyzji może spowodować, że zamiast pokoju z kuchnią kupimy najwyżej kawalerkę. Bo wypatrzone mieszkanie albo zdąży zdrożeć, albo gwizdnie je nam sprzed nosa ktoś inny.
Nim wyruszysz na mieszkaniowe łowy, idź najpierw do banku. Poproś, by wyliczono Ci Twoją zdolność kredytową, czyli ile maksymalnie pieniędzy bank może Ci pożyczyć. Lepiej poprosić o tzw. promesę, czyli potwierdzenie na piśmie, że do takiej kwoty możemy się zadłużyć.
Z takim papierem w garści ruszaj na poszukiwanie mieszkania czy domu. Jak tylko jakieś wpadnie Ci w oko, spisuj wstępną umowę (u notariusza, przez pośrednika albo bezpośrednio z właścicielem), by zablokować jego sprzedaż do czasu, aż załatwisz formalności kredytowe. Tylko tak będziesz miał pewność, że nikt Cię nie ubiegnie i wypatrzone M będzie Twoje.