Sytuacja w Stanach Zjednoczonych natomiast przedstawiała się obiecująco kończąc sesję ponad 4% wzrostami. Wtorek pokazał przedłużenie dobrych nastrojów za oceanem, zakończony wzrostami na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Ciekawszym jednak wydarzeniem było osłabienie polskiej waluty względem wiodących walut światowych a mianowicie dolara amerykańskiego oraz euro, które wyniosło 7 groszy. Głównym bohaterem finansowego środowego tsunami były przede wszystkim Węgry, w których Magyar Nemzeti Bank dokonał niespodziewanej bardzo wysokiej, jednorazowej podwyżki stóp procentowych o 300 punktów bazowych do poziomu 11,5%. Był to główny czynnik, który osłabił polską walutę. Ale nie tylko Budapeszt był miastem, na które były zwrócone oczy całego świata. Trzeba zaznaczyć, że środa może być z powodzeniem nazwana czarną środą, za sprawą gwałtownych spadków na giełdach światowych (otwarcie w USA dużymi stratami – indeks DJIA -5,69%, NASDAQ -4,77%, S&P500 -6,1%), w tym polskiej (WIG20 spadł o 7,6% do poziomu 1683,66 pkt.). Większość inwestorów, jak i analityków oraz ekonomistów oczekiwało finansowej odwilży w czwartek.
Zamiast odwilży faktem stała się kontynuacja ogromnej przeceny złotego, któremu nie pomogły lepsze niż przewidywane dane z GUS o obniżce bezrobocia do poziomu 8,9% oraz zgodne z oczekiwaniami dane o sprzedaży detalicznej. Przecenę tę, można z powodzeniem nazwać paniką, gdyż polska waluta straciła w ciągu zaledwie kilku godzin 14 groszy w przypadku dolara do poziomu 3,11zł, euro o prawie 20 groszy zbliżając się do poziomu 4zł, oraz franka szwajcarskiego do poziomu 2,64zł. Odbiło się to także na GPW, której główny indeks tracił na zakończenie sesji 4%, ustanawiając niechlubny poziom 60% szczytu hossy. Kończący ten fatalny tydzień na rynkach finansowych, piątek to 79. rocznica Czarnego Czwartku, który rozpoczął Wielki Kryzys w 1929 roku. Psychologiczne obawy o powtarzającej się historii niestety sprawdziły się. Na rynku pojawiło się coraz więcej opinii, że złotówka uległa atakowi spekulacyjnemu, gdyż ani węgierski forint ani czeska korona nie doświadczyły tak dużej deprecjacji. Spekulacja ta miała jednak inny charakter niż ta, która miała miejsce w Wielkiej Brytanii w 1992 roku, gdyż nie wywołała reakcji NBP. Ponadto giełdy światowe począwszy od Japonii, przez Europę (w tym i Polskę) a na Stanach Zjednoczonych kończąc, traciły znacząco na wartości. Przykładem ukazania powagi tej sytuacji było zawieszenie notowań giełdy rosyjskiej na 4 dni lub do odwołania.
Waluta każdego kraju stanowi kluczowy element systemu finansowego. Pieniądz ma spełniać podstawowe funkcję jaką jest miernik wartości dóbr i usług. Nie należy jednak mylić go z wartością samą w sobie
[1]. Polski złoty w ciągu zaledwie kilku dni stracił ponad kilkanaście punktów procentowych w stosunku do czołowych walut światowych. Taka sytuacja nie jest normalnym zachowaniem rynku. Ciężko także mówić tutaj tylko i wyłącznie o zwykłej ucieczce kapitału zagranicznego z regionu Europy Środkowo-Wschodniej i jego powrotu do Stanów Zjednoczonych. Prezes NBP Sławomir Skrzypek słusznie uspokaja, że
„obecna sytuacja makro nie uzasadnia osłabienia PLN a dobra kondycja gospodarki polskiej sprzyjać będzie powrotowi kursu do poziomu wynikającego z czynników fundamentalnych”.
[2] Opinia Ministerstwa Finansów, co się dość rzadko zdarza, jest podobna.
"Osłabienie złotego nie ma podstaw fundamentalnych. Sytuacja makroekonomiczna Polski jest bardzo korzystna. Tempo wzrostu PKB przekracza 5 proc., bezrobocie spadło poniżej 9 proc., a inflacja powróciła do trendu spadkowego. Sytuacja budżetu jest dobra, co pozwala na realizację niższego niż planowano deficytu budżetowego. W ocenie MF, osłabienie złotego wynika z czynników globalnych i ma charakter przejściowy."[3] Niestety dla działań spekulacyjnych połączonych z ogólną paniką wśród inwestorów fakty ekonomiczne rzadko mają znaczenie.
Aby spróbować wyjaśnić obecną sytuację należy na początku sformułować przyczyny kryzysu. Sprawa nie jest łatwa, ale na szczęście nie jest niewykonalna. Obecny kryzys finansowy nie jest tak naprawdę kryzysem wynikającym z sytuacji makroekonomicznej lecz jest kryzysem zaufania. Mówiąc ściślej jest to kryzys zaufania do instytucji bankowych. Banki od kilku tygodni zaprzestały pożyczania sobie pieniędzy, a co gorsze ograniczyły swoją działalność kredytową. Sytuacja ta dotknęła niestety także banki polskie, które błyskawicznie wycofały się z finansowania 100% i więcej zakupu lub budowy nieruchomości. Kryzys ten pogłębia się, gdyż spółki potrzebują pieniędzy, a zatem ratując swoją płynność, przy jednoczesnym ograniczeniom kredytowym wśród banków, pozbywają się najbardziej płynnych aktywów czyli akcji powodując samonakręcającą się spiralę wyprzedażową na giełdach papierów wartościowych. Owe ograniczenia kredytowe wynikają także z braku zaufania na rynku międzybankowym, ale co ważniejsze z tego, że banki wykreowały olbrzymią ilość wirtualnego pieniądza inwestując w derywaty oparte na hipotekach. Należy zwrócić szczególną uwagę, że był to pieniądz dosłownie wirtualny nie posiadający żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości. Można to z powodzeniem nazwać bąblem spekulacyjnym, tylko na nieco innym poziomie. Aby odbudować zaufanie pozostaje jedno pytanie, co stanie się dalej z firmami dokonującymi ratingi dla instytucji finansowych? Tak naprawdę upadły dzisiaj bank Lehman Brothers do samego końca swojej działalności posiadał dobre poziomy ratingowe.
O ile jednak przyszłość jest nieznana, a przeszłość została już poznana na wiele sposobów, możemy się spodziewać określonych skutków tak gwałtownego osłabienia polskiej waluty dla gospodarki polskiej. Sytuacje te nie muszą wydarzyć się natychmiastowo, ale są jednak nieuchronne.
Deprecjacja przekształcająca się w recesję musi mieć uzasadnienie w warunkach makroekonomicznych. Jeśli zatem w Polsce występuje wzrost gospodarczy na poziomie ok. 5%, a poziom bezrobocia spadł poniżej 9%, to wysoce nieuzasadnionym jest spodziewać się, że wzrost gospodarczy w przyszłym roku wyhamuje do zera, a bezrobocie nagle podwoi się. Bardziej prawdopodobnym jednak może być obniżenie dynamiki wzrostu PKB o pewien stopień. Taka sytuacja będzie jednoznaczna z tym, że polskie spółki będą w dalszym ciągu się rozwijały, a zatem będą potrzebowały kapitału, co będzie powinno doprowadzić do poprawienia się sytuacji na warszawskiej giełdzie w horyzoncie najbliższych 6 miesięcy. Uzasadnione jest w związku z tym oczekiwanie na debiuty i nowe emisje akcji, które do tej pory cieszyły się dużą popularnością wśród inwestorów. Deprecjacja złotówki przyjdzie z pomocą polskim eksporterom, jednak dla gospodarki jako całości może okazać się wiadomością fatalną w skutkach. Słaby złoty nie jest wskazany dla importu, a zatem w krótkim czasie mogą wzrosnąć ceny dóbr, które są sprowadzane z zagranicy, poczynając od ubrań, poprzez samochody, na surowcach niezbędnych do produkcji kończąc. Tego typu sytuacja może w perspektywie oznaczać wzrost inflacji, a to już poważne zjawisko dla gospodarki. Innym wcale nie mniej groźnym w skutkach zjawiskiem jest zwiększenie wysokości rat kredytowych dla kredytów zaciągniętych w obcej walucie. Ten banalny przykład może mieć niebagatelne znaczenie, zwłaszcza, że w ostatnich latach w Polsce znakomita większość kredytów udzielana była we franku szwajcarskim. Osłabienie złotówki w stosunku do franka szwajcarskiego w ostatnich miesiącach wyniosło ponad 30%, zatem należy się spodziewać wzrostu wysokości raty kredytowej (niekoniecznie w takiej samej wysokości). Bardziej dotkliwe jednak będzie zwiększenie wydatków w domowym budżecie przykładowo o 300-400zł. Ponadto wydatek ten spowoduje zmniejszenie się konsumpcji, która jest istotnym elementem całej gospodarki i spowolnienia gospodarczego. Potrzebna jest jednak weryfikacja w jakich gałęziach gospodarki słaba polska waluta jest korzystna a gdzie bardziej korzystny jest mocny złoty. Taką możliwość globalnego spojrzenia na gospodarkę jako całość posiada Narodowy Bank Polski.
Nie należy zapominać, że nigdy nie ma sytuacji bez wyjścia. Wielu ekonomistów przedstawia pogląd, że skutki obecnego kryzysu finansowego i zawirowania na rynku złotego mogłyby być mniejsze gdyby Polska należała do strefy euro. Wystarczającym wydarzeniem mogącym zatrzymać falę wyprzedaży złotego mogłaby być nawet niewielka polityczna wzmianka o chęci szybkiego wprowadzenia wspólnej waluty w Polsce. Ten pogląd znajduje uzasadnienie w rzeczywistości finansowej w Europie. Ważniejsze jednak wydają się tzw. fundamenty gospodarki polskiej, w które gra spekulacyjna nie jest w stanie w prosty sposób znacząco zaingerować.
[1] Wywiad z Robertem Gwiazdowskim – ekspertem Centrum im. Adama Smitha, opublikowany w Rynku Kapitałowym nr 10/212, s.14.
[2] Komunikat Zarządu NBP, http://www.nbp.pl, 23.10.2008 r.
[3] Oświadczenie K. Zajdel-Kurowskiej, podsekretarz stanu Ministerstwa Finansów, 23.10.2008 r.